Hej :) Przepraszam, że tak długo musieliście czekać :>
Miłego czytania :)
Zapadła noc. W pałacu
władcy Ognia było ciemno, a kolejna część straży podążała na wartę. Gwiazdy
przepięknie oświetlały wielkie i niesamowite miasto Ba Sing Se. Aang wraz z Katarą
siedzieli w komnacie Zuko i oczekiwali na odpowiedź. Mnich nie spuszczał oka z
z przyjaciela… jeżeli jeszcze mógł go tak nazywać.
- Powiesz mi w końcu?! Kto zabił moich rodziców! Jesteś mi
to winien!- krzyczał rozgniewany chłopak. Katara złapała go za rękę i poprosiła
go, aby trochę się uspokoił. Zuko spojrzał na Aanga i zacisnął pięści.
- Twoich rodziców zabił…- kropelki potu zaczęły spływać
władcy Ognia po czole.
- Kto?! Powiedz mi w tej chwili!- mnich nie mógł się
uspokoić.
-… Roko. – wydusił z siebie cichym głosem.
- Co?! Co ty mówisz?! Przecież on nie mógł tego zrobić! On już wtedy nie żył!- Aang był przerażony, tym co usłyszał.
Roko…, ale to niemożliwe!
- To prawda… nie żył już, ale byłeś jeszcze dzieckiem i Roko ukazał się Sozinowi i ludziom w Yu Dao. Sto lat temu mój pradziadek miał wizję nowego
świata. Chciał, aby jeden naród przekształcić w cztery: Ziemi, Ognia, Powietrza
i Wody. Avatar Roko.... mój drugi pradziadek nie pozwolił na to. Twoi
rodzice, Kori i Noren byli za rozłączeniem jednego narodu. Roko nie chciał ich słuchać. Nie
wiedział wówczas, że Noren jest synem władcy Ognia, Sozina. Mój pradziadek nie był potężny w stanie Avatara, dlatego, gdy twoi rodzice sprzeciwali się jemu,
on nie zamierzał ich słuchać i nieświadomie wszedł w stan Avatara….- Zuko
opowiadał, patrząc się na Aanga.
- Czekaj… twoim pradziadkiem był Avatar Roko?!- władca Ognia
spuścił wzrok w dół, a Katara dała do zrozumienia Aangowi, że władca chce dalej
opowiadać.
- Mój pradziadek próbował ich chronić, nie chciał, aby im
się coś stało, gdyż wiedział, że Roko był doświadczonym Avatarem. Niestety…
Roko nie kontrolował się i… potężny płomień ognia trafił w twoich rodziców..
Najlepsi uzdrowiciele w miasteczku starali się ich uratować… niestety nie udało
się. Nie rozumiem tylko, dlaczego twoi rodzice podejrzewali, że tak się stanie.
- Nie mogę w to uwierzyć…, jak Roko mógł to zrobić. Czyli,
że to… ja zabiłem moich rodziców w poprzednim wcieleniu?.. Mam już tego
wszystkiego dosyć.- po policzkach mnicha zaczęły spływać delikatne łzy. Katara
przytuliła się do niego i próbowała go pocieszyć. Zuko wstał i wyszedł,
zostawiając parę samą. Wiedział, że Aang musi to sobie poukładać i pewnie
straci zaufanie do niego.
Mnich usiadł na
podłodze i schował twarz w kolanach. Dziewczyna przykucnęła przy nim i
delikatnie położyła twarz na jego ramieniu. W głowie Aanga plątało się wiele
myśli, lecz nie dobrych, tylko złych. Jeżeli to prawda… jeżeli to Roko zabił
jego rodziców?! Aang jest wcieleniem poprzedniego Avatara… Nie chciał nawet o
tym myśleć. Potrzebował spokoju, chwili wyciszenia.
- Nie wytrzymam tego… to dla mnie zbyt wielka presja. Nie
jestem w stanie dźwigać obowiązków Avatara i kolejnej wojny, która wisi w
powietrzu. Jeszcze prawda o moich rodzicach… jak o tym myślę, czuję, jak
przeszywa moje ciało ból i cierpienie.
- Rozumiem cię, kochanie. Proszę cie, nie obwiniaj się za
to, co zrobił Avatar Roko… to nie ty to popełniłeś, tylko on.- Katara
wiedziała, co mnich czuł. Smutek, ból… dziwne poczucie samotności i odrębności.
Czuła to samo, gdy straciła matkę. Najważniejszą osobę w jej życiu. W tak
krótkim czasie, mogą odejść osoby, które kochamy i na których naprawdę nam
zależy.
Aang wstał i wziął
dziewczynę za rękę. Katara wtuliła się w szatę mnicha, a on objął ją w pasie.
Wpatrywała się w szarookiego chłopaka. Mnich delikatnie i czule pocałował ją w
czoło. Wyszli z pałacu i podążali w stronę Appy. Aang musiał odpocząć od
wszystkich spraw, które go uciągały. Był tylko piętnastolatkiem, który musiał
chronić cały świat.
- Aang, poleć sam. Ja musze tu zostać, porozmawiam z Zuko.-
dziewczyna delikatnie pocałowała chłopaka w usta i czekała, aż mnich wsiądzie
na wielkiego bizona.
- Wrócę tu za kilka dni, obiecuję.- rzekł mnich i Appa
wzniósł się w powietrze. Leciał, delikatnie unosząc się wśród puszystych chmur.
Po kilku godzinach lotu Aang postanowił zrobić sobie przerwę. Był przemęczony i
głodny. Rozpalił ognisko i oparł się o wielkiego bizona.
Oczy powoli mu się
zamykały. Miał już ułożyć się do snu, gdy usłyszał dziwny szelest w krzakach.
Postanowił to sprawdzić. Zauważył człowieka, który powoli zbliżał się do niego.
Mężczyzna był umięśniony i nieco starszy od Aanga. Był ubrany w zbroję narodu
Ognia, a przy sobie trzymał rzecz, której mnich nigdy w życiu nie widział. Była
to nowa broń, która po jedym postrzale mogła zabić nawet niedźwiedzio dziobaka.
Chłopak odsunął się.
- Czego chcesz?!- krzyczał Aang zdezorientowany.
- Co tu robisz, młody Avatarze tak późno?- nieznajomy kpił
sobie z mnicha.
- Jestem Gen Yu, mag Ognia, który służył Ozaiowi zanim go
strąciłeś z tronu! Zapłacisz za to.- mężczyzna wycelował w Aanga tajemnicza
broń. Mnich był gotów do walki. Nacisnął wielki czerwony guzik. Chłopak
próbował się bronić, lecz na marne. Przeszył go niesamowity ból, upadł. Złapał
się za zranione miejsce. W oczach zaczęło robić mu się ciemno… umiera. Jeden
oddech… czuł, że odszedł.